Skip to content

Insomniak- partner Olivera Sacksa

Bill Hayes kochał Olivera Sacksa z wzajemnością, co było o tyle niezwykłe, że Sacks był samotnikiem, przez wielką część swojego zycia nie żył w żadnym związku, nie szukał go, być może nawet nie kochał, poświęcając cały swój czas pracy.

Praca ta była przyjemnością, a do tego nadawała sie do wypełniania bezsennych nocy. Sacks nie mógł spac bez tabletek nasennych – do samego końca. Ale nie o nim, tym razem, choć o nim troszkę też.

Bill Hayes, Nowojorczyk od niedawna – przeniósł się do Nowego Jorku, kiedy skończył 48 lat. Znany pisarz w Ameryce, felietonista The Times. Nieznany mnie. Zupełnie. I pewnie nie poznałabym go, gdyby nie miłość jego życia. I mojego – Sacksa kochałam od dawna, od jego pierwszej ksiązki „O męzczyźnie, który pomylił żone z kapeluszem”, która stala się już pozycją klasyczną. Ale wracam do Billa.

Połaczyła nas wczoraj w nocy miłośc do tej samej osoby. Bill miał szczęście spędzać z Sacksem codzienność. Przysłuchiwać sie jego mini rozprawkom filozoficzno-medycznym przy sniadaniu. Dbać o niego i cieszyc się jego dbałością. Bycie z geniuszem okazało sie cudownie proste, nie wymagało dostosowywania się, negocjacji – ci panowie byli dla siebie stworzeni. Jaki to banał. Jakie to rzadkie.

Bill jest łazikiem i obserwatorem. Artystą i słuchaczem. Dnie spędza włócząc się po Nowym Jorku, jak pewnie niejeden artysta lub pisarz, ale jego notatki z tego miasta, które znajdują sie w ksiązce, te malutkie opowieści tworzą kronikę ułamków losów Nowojorczyków. Czasem towarzyszą im fotografie, ale zwykłe są surowe, proste, nieokrojone, są słownymi screen shotami z czyichs żyć, przejśc, zatrzymań, szybkich wymian informacji zamienionych na część sekundy w niewielowyrazowy przekaz filozofii życiowych, takich szczygłowych prawd.

Bill jest człowiekiem reagującym – bardzo mi bliski typ człowieka. Widzi- reaguje. Ktoś płacze, Bill pyta. Ktoś zatrzymuje sie nagle, Bill podchodzi. Ktoś sprzedaje pocztówki, Bill je kupuje i wie, co kupuje. Ktos ciągnie wózek ze śmieciami, Bill pomaga, zagajając rozmowę. Zna wszytskich sprzedawców wszytskiego w swojej okolicy. Wyjście do sklepu – do wejscie do mikroświata, zauważanie detali, o, tu sa zapałki z napisem: Dziękuję,  o, tu Ali, właściciel sklepu, przestawił pomarańcze, a w ogóle dziś miał chmurne spojrzenie, Ali, powiesz, czemu? Ali powie.

To bardzo moja filozofia zycia, tyle, że jeszcze chyba potrzebuję lat, żeby ja wzmocnic, żeby siebie wzmocnić. Bill opisuje Nowy Jork tak, że aż przysiadlam w łożku i zamknęłam oczy, wsłuchana w miarowy oddech snu syna, na który nałozyły się znane mi widoki stamtąd –  czerwone światła, szepty ludzi, smiech, kroki, hałas, zapachy wszystkich kuchni świata i widok pary, wszędzie  buchającej pary,  ze studzienek, rur, sącząca się muzyka,  płacz, terkot pociagów, uczucie pełnosci, przepełnienia nawet. To miłość neoficka, miłośc kogoś, kto się dopiero co wprowadził, to moja miłośc do Belfastu i otwartośc na kazdą, ale to każdą historię, która wychodzi na przeciw.

Bill do tego dekonstruuje mity, oczywiście niechcący, bez planu, bez zamysłu. Nowy Jork bezwzględny? Zgubisz piątaka i ktoś go szybko znajdzie i zabierze? Nieprawda. Strzelanina ulicę obok, trzeba się chować? Nieprawda, tłumy chętne do pomocy pojawiają się zaraz w zasięgu ręki. Snieżyce odcięły prąd, więc wszyscy siedzą w domach, zdani na siebie, odizolowani, przestraszeni, czekając na Armageddon?? Nieprawda, małe sklepy otworzyły swoje podwoje, tyle, ze faktycznienie  nie  było prądu, za to były świeczki. Można było kupic latarki, a w knajpce obok wypic piwo.

A w tle jest ta wielka miłośc, pisarza lekarza, którego mózg rejestruje wszystko, zachłannie gromadzi wiedzę i bez przerwy analizuje, przy jednoczesnym zupełnym braku umiejetności interpersonalnych i artysty, który żyje z uczuciami na wierzchu, który empatyzuje, sympatyzuje i tapla sie w emocjach swoich i innych.

I najtrudniejsza cześć – umieranie. Oliver umiera, dośc szybko. Umiera na raka, ale umiera szczęsliwy, pisząc cały czas, bo czas stał sie szczególnie cenny, kiedy ogłoszono jego koniec. Umiera kochany,  a tego nie znał. Umiera zasypiając, zostawoiając zrozpaczonego mężczyznę, ale i rozpacz Billa jest rozpaczą niehisteryczną, choc nie należałoby się tego spodziewać, studiując w czasie lektury ksiązki wszystkie warstwy jego emocjonalności.

Bill akceptuje odchodzenie. W czasie jego trwania i już po nim. Na krótko zamienia sie w opiekuna, ale nie opiekuna szlochającego, rozdzierajacego szaty. Jest, pamięta, dba o ulubioną muzyke Sacksa, o otoczenie, żeby było jak najmniej medyczne, a najbardziej takie, w jakim Sacks czuje sie najlepiej, a Sacks wcale tego nie żąda, odchodzi bez dramatu, bez krzyków i manifestacji- bo mimo tego, że ma świadomość nadchodzącego niebytu, jego życiowa filozofia mieści się w słówku „ale”:

 

Bo usłyszawszy, że zostało mu niewiele czasu, notuje,

„ale:

  1. łatwa śmierć (stosunkowo)
  2. czas – żeby ‚zakończyć” życie.
  3. wsparcie kochających ludzi (Billy et al)
  4. opublikowana książka (wreszcie powiedziałem wszystko. (chodzi o książkę, w której przyznaje się do swojego homoseksualizmu)
  5. więcej pracy do zrobienia
  6. wolno się bawić
  7. najlepsi lekarze, leki, itp.
  8. wspercie psychiatryczne.

Jesli ktoś chce pochodzić po Nowym Jorku, doznać miłości, czytając o miłości, uwierzyć w nią, zrozumieć, że wszystko jest podróżą i że zawsze jest „ale”, ten musi przeczytać pieknie napisaną ksiązke Billa Hayesa: „Insomniac city, New York Oliver and me”.

Opowieśc insomniaka o drugim insomniaku i city that never sleeps.

Reklamy

Człowiek z małą bombą – nic nie jest czarno-białe

W jednym z filmów Woody Allena pojawia się syn demokraty – republikanin i to z tych skrajnie konserwatywnych. Jego poglady regularnie wstrząsają jego ojcem. – Poproszę o gumkę i ołowek! – krzyczy w pewnym momencie zdruzgotany pater familias po jednej z intensywnych wymian światopoglądowych – Muszę go wymazac z testamentu!

Na szczęście okazuje się, że syn ma guza mózgu. Po udanej operacji usuniecia tegoż, syn staje się demokratą.

Takie miałam skojarzenie , kiedy przeczytałam pierwsze kilka stron fenomenalnej książki Kacpra Rękawka pt.: „Człowiek z małą bombą” wyd. przez Czarne. Bo oto Kacper w prześwietnym brytyjskim think tanku, Chatham House, na którego wykłady chodziłam maniakalnie w czasie swojego stypendium w Londynie,  słyszy, jak tegie głowy eksperckie zastanawiaja sie nad tym, czy poglady prawicowe nie są skutkiem choroby psychicznej, a co za tym idzie- czy terrorysci nie są po prostu osobami chorymi psychicznie. Tak, mówi Kacper, trzeba się nad słowami terrorystów pochylic, ale nie dlatego, że są chorzy (choc niektórzy miewaja zaburzenia, ale nie jest to większosć), lecz po to, by zdobyć narzędzia do walki z nimi. „Intelektualne dno” pisze Kacper o tęgich głowach i tu mnie już miał. Na pierwszej stronie pierwszego rozdziału.

I w takim mniej wiecej stylu Kacper Rękawek zaczyna swoją wyjątkową książkę – wyjątkową na polskim rynku, zupelnie pozbawionym sensownych popularnonaukowych lektur dotyczacych terroryzmu i terrorystow. Na polskim rynku, który, jak ustalilismy z Kacprem w czasie jednej z rozmów, jest spóźniony w stosunku do rynku zachodniego o jakieś 10-15 lat (a tłumaczy sie głownie sensacyjne gnioty), jeśli chodzi o dziedzinę terrorystyczną, okołoislamską. I niestety – dostępne polskie źródła są albo nadęte i straszą konfrontacjami cywilizacji oraz islamizacją Polski albo są pisane językiem zupełnie nieprzystępnym, jak zresztą niemal wszytskie dzieła naukowe w Polsce, jakby chodziło autorom głównie o to, by absolutnie nikt nie mógł pojąc ich wywodów, przez co autorzy będą czuli sie niezwykle elitarnie.

Co więcej, w polskim świecie akademickim panuje choroba braku poczucia humoru. Bo śmiech oznacza brak powagi, co równa się podejrzeniu, że temat może być postrzegany jako nieistotny, trywialny. Trochę jak w „Imieniu róży” Umberto Eco, smiech w nauce polskiej jest grzechem glównym. Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek uśmiechnął się pod nosem, czytając jakąś polską książkę naukową? Czy ktoś zachwycił się stylem? Docenił sarkazm? Jedynie Piotr Sztompka napisał podręcznik do socjologii w taki sposób, żeby czytelnik nie tylko cos z niego zapamietał, ale i polubił to, co pamięta i zainteresował się dalszą eksploracją dziedziny (i potem już nie znajduje nigdzie nic porywającego).

Kacper pisze o terroryzmie i terrorystach, łącząc reportaż z esejem naukowym, żeniąc sarkazm (ale lekki) z młodzieżowym slangiem i powaga akademii. Zacne to połączenie.. Jest ekspertem, który mówi: nie wiem, nie uogólnię, ale opowiem wam taką historię. Zadaje pytania i szuka odpowiedzi, ale jest otwarty na to, że odpowiedzi te moga być bardzo różne i nierzadko sprzeczne. Akceptuje to, co jest wielką pokorą naukową (nie darmo Sokrates powiedział, że wie, że nic nie wie, kiedy Pytia nazwała go najmądrzejszym z ludzi) i budzi zaufanie czytelnika. Bo nie myli sie przeciez tylko ten, kto nic nie robi.

A Kacper odwala wielką robotę; rozpracowuje terrorystów. Bada ich. Przedstawia ich jako ludzi. Nie psychopatów, tylko ludzi, którzy z różnych powodów podejmuja takie, a nie inne życiowe deccyzje. Rozmawiał z setkami terrorystów, okazało się nawet, że prawdopodobnie mielismy tych samych rozmówców w Belfascie, choć Kacper z racji pisania doktoratu na belfaskim uniwerytecie zglębił temat znacznie bardziej niż ja.

Mnie najbardziej podoba się, poza lekkoscią stylu, która pokazuje, jak bardzo Kacper wgryzł sie w brytyjskiego ducha pisania i jak przejał brytyjskie poczucie humoru, którego nie boja się naukowcy w tej części świata, jeśli wiedza, że takie podejście sprawi, że ich praca zostanie zapamiętana, najbardziej podoba mi się to, że Kacper nie boi się zajrzeć terrorystom w życie codzienne. Nie bagatelizuje codzienności. Że to go fascynuje. Bo to jest fascynujace. Czym się zajmują terroryści, poza przygotowywaniem aktów terroru? Oglądają mecze. Piszą wiersze. Zakochują się. Wspieraja organizacje dobroczynne, albo czasami sami je prowadzą. To mi przypomniało moją wizytę w Nablusie, w czasie której znajomy, którego rodzina sympatyzuje z Hamasem, pokazał mi dom wdowy po „szahidzie”, który wysadzil się w Izraelu – Hamas płaci jej comiesięczną rentę, by dzieci nie odczuły finansowo brak ojca. Hezbollah prowadzi sierocińce. Kiedy mówiłam to moim studentom (uczyłam ideologii dżihadu na Uniwersytecie Jagiellońkim 12 lat temu), nie mogli mi uwierzyć.

Reserach do ksiązki Kacpra to praca tytaniczna, wymagająca nie tylko swietnej znajomosci tematu i teorii (choć nie ma jej w książce, Kacper decyduje sie nie zanudzać czytelnika), ale i wspaniałych umiejetnosci interpersonalnych. Prowadzenie rozmów z byłymi terrorystami, bo i do takich dotarł Kacper, nie jest łatwe i miłe, znam to z autopsji. Choć może takie się stac, ale do tego trzeba czasu, cierpliwości i pokory.

Jestem przekonana, że ksiązka ta stanie się lekturą obowiązkową na niekórych polskich uniwersytetach, ale że powinna nią byc również w innych kręgach. Kacper podkresla polską niemoc i niewiedzę, lekceważenie tematu terroryzmu. Tu się z nim zgadzam; z moich obserwacji wynika, że w Polsce straszy sie tym, czego nie ma (islamizacją), a nie przygotowuje sie do aktów terroru (które wcale nie muszą być przeprowadzone przez sympatyków ISIS). Jedno jest pewne, terroryzm był i będzie, co Kacper z mocą wielokrotnie podkreśla. I drugie jest pewne, że tylko ta książka otwiera oczy na niejednorodność świata terroru, na złożoność problemu, ale bez siania paniki. Po lekturze „Człowieka z małą bombą” nie czułam się przestraszona, zrozumiawszy, że tacy ludzie, jak Rękawek zabrali się za analizę zjawiska. Wreszcie. To oznacza, że jest nadzieja, iż Polska dostrzeże, co jest ważne w walce z terrorem. Może ta książka otworzy oczy polskim wydawcom i zaczną tłumaczyć rzeczy aktualne. Bo Kacper pokazuje, co jest ważne w rozumieniu zjawiska, pokazuje drogę – co widac też w bibliografii, w której nie mozna znależć dobrej polskojęzycznej pozycji.

Polecam książkę z czystym sumieniem, zdając sobie sprawę, że do lektury trzeba mieć tzw. preexisting knowledge. To chyba jedyna wada tej książki. Autor zakłada, ze czytelnik wie, o co walczą poszczególne grupy terrrystyczne, a z pewnościa tak nie jest. Brakowalo mi przypisów, choć Kacper zastrzega, że ich nie będzie. Wiem, że czytelnik może być przeładowany, ale w tak dobrej pozycji brak pewnych wyjaśnień bedzie problemem dla przeciętnego, acz zainteresowanego tematem, czytelnika. Oliver Sacks pisał swoje dzieła w taki spoósb, że pól strony zajmowały fascynujące zresztą przypisy (drobnym drukiem), a pół, zwykłą czcionką, treść ksiązki, tzw. body. Nigdy mi to nie przeszkadzało. I milionom czytelników. Bardzo bym chciała, zeby wydawcy przestali się tak bac przypisów. Czytelnik oczywiście może wszystko wygooglowac, ale a) może mu się nie chciec, b) wikipedia bywa mocno zdradliwa.

Czytajcie, ta książka to rewolucja na polskim rynku.

 

 

 

 

 

radykalizacja białych

dziś w na temat.pl mój tekst:

Radykalizacja białych

Aleppo

Siadamy przed komputerami i oglądamy śmierć. Pijemy kawę. ktoś sie drapie. Ktoś kaszlnął. Ktoś zadzwonił do przedszkola, czy z dziećmi wszystko ok, bo wczoraj kichały.

Po raz pierwszy ogladaliśmy wojnę na żywo, kiedy wojska amerykanskie wjechały do Kuwejtu, by wypędzić wojska irackie – w trosce o złoża ropy. O to się troszczy XX i XXI wiek. Nad pochyla się nieludzki Czas i Historia.

Potem oglądaliśmy atak na Afganistan – państwo, które zostało zatakowane w ramach koncepcji zbiorowej odpowiedzialności za zamach na WTC przeprowadzony przez kilku Saydyjczyków. Jeden z nich ukrywał sie w górach Afganistanu, nigdy zresztą nie zdobytych przez żadną armię, a wiele  próbowało.

Teraz oglądamy filmy wrzucane do internetu przez ofiary wojny. Tuz przed ich smiercią. Ofiary, ludzie, tacy, jak my,wołają o pomoc, błagają o pomoc, proszą o to, by ratowac ich dzieci, już nie siebie.

Siebie już spisali na straty.

I co?

I nic.

Poza strasznymi komentarzami pod polskimi tłumaczeniami wiadomości z Aleppo – kiedy je czytałam, płakałam, ze strachu, z przerażenia. Polacy trzymaja w nich kciuki za Asada i Rosję, życząc śmierci i kobietom i dzieciom. Smierci bolesnej, śmierci męczeńskiej.

Poznałam Syryjkę, której dzieci zginęły w bombardowaniu. Nigdy nie znalała ich ciał. Irlandia Północna przygarnęła ją do siebie.

Nie wiem, jak sobie radzi. Wiem, że funkcjonuje. Nie zrozumiem jej duszy nigdy. Nawet nie umiem położyć mojej dłoni na jej dłoni, ze strachu, ze otworzę coś strasznego, z czym ona sama nie da sobie rady, jakąś lawinę bólu, którego nikt nie moze ogarnąc, zatamować. Kiedy myślę, że miałabym uciekac przed świszczącymi (czy bomby świszczą?) pociskami, kuląc się, przytulając syna, mówiąc mu, że wszytsko będzie w porzadku, bo kazda mama chce, by jej dziecko nie rozumiało rzeczywistości, jesli jest ona straszna, kiedy o tym myślę, czuję, jak odpływa mi krew z rak i nóg. Czuję mdłości ze strachu i nienawiści, co jest jeszcze straszniejsze, nienawiści do tych, którzy wyciągają ludzi z domu i strzelają im w glowę. Z taka nienawiścią nietrudno wpaść w spiralę przemocy.

A chodzi o to, żeby stworzyć korytarz, by ludnośc cywilna mogła uciec od tych rzezi. Potrzebuje czterech kilometrów bezpiecznego przejścia, żeby przenieśc rannych. Na miejscu już nie ma szpitali, lekarze, którzy pozostali przy zyciu, syryjscy bohaterowie, syryjskie anioły spod znaku islamu, mocują kroplowki rannym, przenoszą ciała, choć mogliby już nie robić nic. Mogliby kulic się w strachu, którego my nie rozumiemy. Czy sprawiedliwośc, a właściwie niesprawiedliwosć dziejowa oznacza, że na przeciw anioła stanie istota, pozbawiona jakichkolwiek uczuć, która spojrzy w oczy dziecku i zada mu śmierć na oczach matki? Jakiś chory bilans, który musi wyjśc na zero?

Gdzie jest Bóg?

Primo Levi stwierdził, że po Holocauście nie ma juz Boga. „Jesli Bóg istnieje, będzie musiał błagać o moje przebaczenie” widnieje na murze jednego z obozów śmierci, w którym ginęli Żydzi, Polacy, Niemcy, Romowie, Rosjanie.

Mowimy zatem o Jego ciagnącej się Bożej nieobecności, jeśli dzieje się to, co się dzieje.

O jakimś strasznym milczeniu. Obojętności?

OBOJĘTNOŚCI?

Zdaję sobie sprawę, że to, co pisze, jest nieważne, ale nie mogę milczeć. Jesli w Irlandii Północnej odbędzie się marsz, protest, dołączę.

Idę dzisiaj na firmowe Christmas Party. Idę się napić wina, śmiać się z żartów, jeść. Jestem wolna, nie boję się, że umrę..

Poza tym, że boję się tego, że bardzo blisko są ludzie, którzy chcą czyichś śmierci. Moi rodacy na forach internetowych. Nie wylewają z siebie żółci i jadu, to już nie jest żołć i jad. To deklaracje. To planowanie zbrodni. To jej chcenie.  Są żołnierzami z Aleppo, tylko geograficznie gdzie indziej.

Może obok nich przejdę dzisiaj, może jest paru takich w Belfaście. Gdyby mogli, zabiliby. Arendtowska banalnośc zła.

Może i ja bym zabiła, by chronić. Ale nie by niszczyć.

Trudno to udźwignąc, a przeciez to tylko teorie. Tam się to dzieje cały czas. Tam oczy przepełnia krew bliskich.

Nie wiem, nie umiem.

Cenzura w reportażu, ohydne „ja”.

Bardzo się wczoraj wgryzłyśmy w temat zgoła inny niż większość wpisów w tym blogu. Ale szkoda by było tematu nie rozwinąć, zajawkowo chociażby, dla pokrzepienia serc tych, co lubią metajęzyk.

Najsampierw (celowo używam tego słowa, bo nie znoszę go. Krązy mi po głowie jako coś wyjątkowo obrzydliwego, więc je teraz wyrzucę z siebie. Pochodna od „wpierw”) szczegóły, które znużą paru czytelników od razu, więc zostaną tu nieliczni, naprawdę zainteresowani. 🙂

Wczoraj doszło w Edynburgu do debaty trójki osob jakoś związanych z reportażem, Kasi Kokowskiej, która publikowała kiedyś w Polityce, teraz czyta i zaprasza reportazystów i pisarzy do Edynburga, by dzielili się swoimi mądrościami i niemądrościami,  Anny Wróblewskiej, która tak się wgryza w reportaż, że aż pisze doktorat o nim na jednym ze szkockich uniwersytetów i mnie, która coś tam piszę.

Świadkami byli Polonusi z Edynburga (jakże wyjątkowa grupa, antropolodzy, wariaci, poloniści – piękne to było) i paru miejscowych Szkotów i Brytyjczyków lub Szkoto-Brytyjczyków, chętnych wziąć udział w czymś tak abstrakcyjnym, jak spotkanie poświęcone polskiemu non-fiction.

I taka teza sie nagle uformowała:

(poparta doswiadczeniem)

Otóż decydenci, którzy dobierają teksty, analizują teksty, oceniaja teksty, krytykują teksty zwykle (mowa o kraju nad Wisłą) zgłaszają jedną uwagę (dotyczy to niemal wszytskich redaktorów, z którymi miałam do czynienia w swoim już stosunkowo długim życiu): za dużo”ja.”

Za dużo autora.

Nie wolno.

Autor powinien być niewidzialny albo widzialny skrajnie, a jesli jest już widzialny skrajnie, widzialny na kilometr, to wtedy ok, ale to już nie jest reportaż i trzeba to jakoś wyrazić i dookreślić, ze to juz są bardziej osobiste notki.

Tymczasem zupełnie inaczej jest w kulturach znajdujących się pod wpływem Anglosasów – „ja” jest dobre, bo zawsze pisze jakieś „ja”. Poza newsami, w każdym innym przypadku pozbycie się „ja”, jest niezdrowe, mówią Anglosasi, jest kłamstwem, jest nieprawdziwe.

Cierpimy na „I-phobia”, być moze dlatego, że przez dziesięciolecia  uczono nas czujności, że uczono nas oddzielenia się od tekstu, by w żadnym razie nikt nie mógł zobaczyć myśli autora, samodzielnych myśli, oczywiście.

Teoretycznie nie powinno to dotyczyć młodszych autorów, mowa o odnoszących sukcesy trzydziestolatkach, ale wcale tak nie jest, bo (ich) redaktorzy (którzy decydują o losie ich tekstów)są zazwyczaj starsi i wynoszą tę fobię(wynieśli ją) z uniwersytetów, warsztatów, pracy w mediach,  itp.

To paranoiczne udawanie, ze autora nie ma w tekście, może (nie musi) pozostawić w czytającym pustkę. Ale nie w oceniajacym. Oceniajacy w Polsce wciąż chwalą reportażystów za to niepojawianie się w tekscie, za ich niewidocznośc (choc ojciec polskiego reportażu literackiego raczej bywa obecny w większosci swoich ksiażek). Nie ma autora = dobry reportaż.

Tymczasem Pulitzery trafiaja do pisarzy bardzo obecnych, chcących tą obecnością uwiarygodnić tekst. Ale w Polsce uwiarygodnienie tekstu oznacza nieobecnośc tego, kto ten tekst pisze, zniknięcie jest gwarancją obiektywizmu.

Przeciwienstwem I-phobia jest I-philia, oczywiście. Cienka granica pomiędzy gonzo journalism a tą przypadłością. Czasem autora jest za dużo. Czasem to już właściwie dobrze zreserczowane felietony, a nie reportaże.

To bardzo luźne myśli, trochę dla odblokowania się, rozpędzenia może, bo założyłąm sobie kaganiec jakiś czas temu.

 

 

Jak Polska wspiera ISIS

To będzie bardzo krótki wpis.

W Lisburn, niedużym miasteczku koło Belfastu (Irlandia Północna), doszło wczoraj do koszmarnego wypadku samochodowego. Zginął w nim Syryjczyk, ojciec czwórki dzieci, dentysta w Syrii, tu: pracownik fizyczny w jednej z fabryk. Jechał na rowerze do pracy. Nie dojechał.

Rodzina w szoku. Nie pozbiera się pewnie nigdy.

Politycy pólnocnoirlandzcy, którzy nie wypowiadali się na razie zbyt szeroko na temat uchodźców (ten temat jest tu trudny, bo  to teren postkonfliktowy) otworzyli serca, że tak to górnolotnie określę – czego się jednak nikt nie spodziewał.. Opuścili przedwyborczo wzniesione gardy i pokazali, że to, co się wydarzyło w Lisburn, było aktem wyjątkowego nieszczęścia.

Wieloaspektowego nieszczęścia.

I uchodźcy będą nadal napływać do Irlandii Północnej. Może dlatego, ze ostatni zamach terrorystyczny, do którego doszło trzy tygodnie temu, kilometr od centrum miasta (jedna ofiara śmiertelna wskutek wybuchu bomby), nie był dziełem miłośnika tak zwanego Państwa Islamskiego, tylko białych dysydentów z Nowej IRY?

A potem czytam w polskich mediach, że premier Szydło przestraszyła się zamachów w Brukseli i powodowana brakiem wiedzy na tematy związane bezpośrednio z własną rolą, historią Polski, Europy, nie mogaca sobie poradzić intelektualnie z otaczającą ją rzeczywistością, obwieściła, że Polska nie przyjmie uchodźców.

Odmowa przyjęcia uchodźców to jak nawiązanie serdecznej współpracy z ISIS, tak zwanym Państwem Islamskim. Tak zwane Państwo Islamskie bardzo chce rządzić i potrzebuje do tego ludzi, a ludzie uciekają, a dusze sie wykruszają, bo dusze wolą próbować szansy zeglując przez morza, płacąc przemytnikom, niż zostać w kraju pod panowaniem Tak Zwanego Państwa Islamskiego.

Dlatego im więcej krajów podejmie taką decyzję, tym bardziej wzrasta w siłę morderczy reżim tak zwanego Państwa Islamskiego.

Bardzo przykre jest to, że głowy naszego państwa są tak słabe. Bo nie jest tak, ze nie ma w Polsce ekspertów od tej części swiata. Pracowałam z nimi wiele lat.

Ale widocznie rządzący lubią ISIS.

 

Poeta i lobotomia

Nie ma się czemu dziwić – jesli bard Swietlików (mój ongiś ulubiony poeta) mówi o tym, że ludzie mają we krwi genetyczną nietolerancję i że nie można kogoś przekonać, żeby przestał bić żonę, to naprawdę nic dziwnego, że jest tyle błota w przestrzeni publicznej i prywatnej. I że ulubionym zajęciem (choć przykrym) moich znajomych (i moim) na FB stało się blokowanie ludzi i wyrażanie wielkiego zdziwienia, że „nie spodziewałem się po nim/po niej takiego zachowania/takich poglądów/ takiej nienawiści…”

Bard Świetlików, poeta, sumienie wrażliwców, w jednym z wywiadów zadeklarował, że  jest zwolennikiem determinanty genetycznej i ludzkość odbiera jako bezwolną masę sterowaną od wewnątrz, przez DNA. Że to, co nam imprintowano przed naszym narodzeniem albo tuż po nim jest niezmazywalne, niezmienialne. Ocena ta z pewnością zostanie powielona, uznana, ża ważną, miarodajną, prawdziwą, mądrą, bo ludzie lubią poetów.

Zwłaszcza z Krakowa.

Wyobrazmy sobie moją ukochaną Prowincję i grupę poetów rozważających, jakie kary przeprowadzać na ludziach myślących inaczej. Jak ich okaleczać. Nad sałatką z bryndzą i tartą morelową.

Z drugiej strony, moje własne nastawienie do ludzi przypomina mi czasem sytuację z filmu „Wszyscy mówią:kocham cię” Woody Allena, w którym Goldie Hawn zaprasza do siebie do domu więźnia prosto z celi, chcąc dać mu szansę. Więzien natychmiast rozkochuje w sobie jej piękną córkę, którą wykorzystuje potem do przeprowadzenia napadu na bank. Bo oczywiście, że są tacy, którym ufać nie trzeba, którzy się nigdy nie zmienią, ale jestem zwolennikiem tezy, że najpierw trzeba się na kimś zawieść, a potem można włączyć brak zaufania i objąć nim zresztą tylko i wyłącznie jedną osobę, a nie całą grupę.

Na jednym z warsztatów dotyczącym uchodźców zapytano mnie ostatnio, co zrobię, kiedy wybuchnie bomba zainstalowana przez ISIS w miejscu, w którym mieszkam (w Belfaście). Odpowiedziałam, ze w tym tygodniu były w Belfaście cztery alerty bombowe i wciąż nie zmusiły mnie one do tego, żeby uznać, że wszyscy Irlandczycy chcą zrobić komuś krzywdę. Co więcej, uważam, że tych, którzy planują zamachy (ze strony dysydentów republikańskich) jest bardzo niewielu. Tak bardzo niewielu, jak Syryjczyków, sympatyków ISIS – większośc z nich ucieka przed ISIS.

Wiem, że zmasowany hejt Polaków widoczny w sieci nie jest też odbiciem rzeczywitości. Internet nie jest jej odbiciem. Pokazuje bardzo wiele, ale nie wszystko.

Dlatego nie nienawidzę. I dlatego wiem, że trzeba rozmawiać z tymi, którzy nienawidzą, choć wrażliwy poeta z Krakowa, ślepy i głuchy, uważa inaczej.

Wiem, że ktoś, kto bije żonę, jesli przejdzie odpowiednią terapię, może przestać. Poznałam takich ludzi. I im nie jest łatwo, bo skłonność do przemocy ma bardzo wiele żródeł, może zostać, ale terapie niektórym z nich pozwalają nauczyć się, że całą tę złość, którą czują i którą kanalizowali krzywdząc kogos bliskiego, mogą inaczej zutylizować – na przykład robiąc sto okrażen bloku.

Znowu – to nie jest wielka grupa ludzi. Ale są tacy.

Oczywiście, są ludzie nieuleczalni, niereformowalni, psychopaci, ludzie źli. I takich też miałam nieszczęście spotkać na swojej drodze i nie sądzę, bym mogła im kiedykolwiek zaufać, tym bardziej, że są to zwykle ludzie swietnie sie maskujący, bardzo umiejętnie wprowadzaja innych w bład co do swoich intencji, uczuć, itd.

Ktoś kiedyś zapytał, co bym zrobiła, gdyby ktoś zrobił krzywdę mojemu dziecku (oczywiscie pytanie to miało podtekst – krzywdę mojemu dziecku miałby zrobić uchodźca- muzułmanin, nie biały facet z naprzeciwka). Odpowiedź jest prosta, biologiczna, dlatego Rzymianie ukuli powiedzenie, by nie być sędzią we własnej sprawie.

 

Ale wrócmy do barda. Czym się on różni od innych ludzi, nawołujących do nienawiści? Niczym. Jest bardziej wyrafinowany, bo zamiast wysyłać ludzi do gazu proponuje „lobotomię ” (jako antidotum- czyli jest adwokatem przemocy -brutalnego przecięcia włokien nerwowych łączacych czołowe płaty mózgowe).  Poeta uważa, że słowa nie odnoszą skutku. Że nie można komuś powiedzieć, żeby szanował i tolerował, bo to nie ma sensu.

To poeta tak mówi.

Bard wybrał sobie za cel ataku nietolerancyjnych. Rozumiem ten sentyment, oczywiście. Bardzo niedobry jest swiat nienawiści, wyzwisk, pobić, morderstw popełnianych na kims za to, kim ten ktos jest. Mam ogromne trudności, by podejmowac temat tolerancji, gdy staję przed grupą, która nienawidzi. Zawsze jednak pytam, dlaczego. Pytam, co za tym stoi. Pytam, czego się ta grupa boi. Przed czym chce się ochronić, robiąc krzywdę, piętnując, wyzywając, raniąc werbalnie, osaczając.

Nigdy nie udało mi się przekonać całej grupy, że atak NIE jest najlepszą formą obrony, bo nie jestem cudotwórcą, tylko mediatorem, kimś, kto pomaga zrozumieć mechanizmy lękowe. Ale zawsze kilka osób otwiera oczy, widzi, co steruje ich lękami, co skłania je do tego, by być agresywnymi.

Nie darmo w internetowej etykiecie mówi się, że ktoś, kto uzywa argumentu ad hitlerum przegrywa dyskusję, kończy ją, bo dalej nie ma nic.

Nie ma i nie będzie.

Zło mnie przeraża dokłądnie tak samo, jak barda i tych, którzy boją sie ISIS czy innych terrorystów czy rodzimych polskich faszystów. Szczerze mówiąc, tak bardzo mnie przeraża, że nie mogę spać, ze się boję o swojego syna, o swiat, o dzieci syryjskie, gwałcone w obozach uchodźców i te, które zaginęły w Europie (dzieisęc tysięcy dzieci zaginęło w tak zwanej chrzescijanskiej Europie), o dzieci polskie molestowane przez rodziców w małych wsiach, o bite kobiety, o wszystko, o atakowanych w Polsce cudzoziemcow o innym kolorze skóry. Nie umiem o tym nie myśleć, nie potrafię z tym żyć – dlatego bard mnie przeraził, poeta mnie zmroził.

Bo poeta dałby w mordę albo wbił szpikulec w mózg i to prewencyjnie, nie w samoobronie- zamiast zastanowić się, dlaczego i jak. A ten, komu dałby w mordę, oddałby mu, bo tak działa swiat. Nie dostałby cienia szansy, zeby się zastanowić nad tym, czy warto, czy trzeba.

Trudno jest pracować u podstaw. Łatwiej jest zaszyć się w knajpie nad wódką i narzekac na zły świat i złem odpowiadać na zło.

Czy to Kurt Vonegutt powiedział, że 10 procent ludzkości to ludzie inherentnie źli, 10 procent nieskonczenie dobrzy, a tych pomiędzy można skłonić do tego, by dokonali wyboru?

Chcę pracowac nad tymi wyborami. Wraz z wybierajacymi.