Skip to content

Insomniak- partner Olivera Sacksa

04/10/2017

Bill Hayes kochał Olivera Sacksa z wzajemnością, co było o tyle niezwykłe, że Sacks był samotnikiem, przez wielką część swojego zycia nie żył w żadnym związku, nie szukał go, być może nawet nie kochał, poświęcając cały swój czas pracy.

Praca ta była przyjemnością, a do tego nadawała sie do wypełniania bezsennych nocy. Sacks nie mógł spac bez tabletek nasennych – do samego końca. Ale nie o nim, tym razem, choć o nim troszkę też.

Bill Hayes, Nowojorczyk od niedawna – przeniósł się do Nowego Jorku, kiedy skończył 48 lat. Znany pisarz w Ameryce, felietonista The Times. Nieznany mnie. Zupełnie. I pewnie nie poznałabym go, gdyby nie miłość jego życia. I mojego – Sacksa kochałam od dawna, od jego pierwszej ksiązki „O męzczyźnie, który pomylił żone z kapeluszem”, która stala się już pozycją klasyczną. Ale wracam do Billa.

Połaczyła nas wczoraj w nocy miłośc do tej samej osoby. Bill miał szczęście spędzać z Sacksem codzienność. Przysłuchiwać sie jego mini rozprawkom filozoficzno-medycznym przy sniadaniu. Dbać o niego i cieszyc się jego dbałością. Bycie z geniuszem okazało sie cudownie proste, nie wymagało dostosowywania się, negocjacji – ci panowie byli dla siebie stworzeni. Jaki to banał. Jakie to rzadkie.

Bill jest łazikiem i obserwatorem. Artystą i słuchaczem. Dnie spędza włócząc się po Nowym Jorku, jak pewnie niejeden artysta lub pisarz, ale jego notatki z tego miasta, które znajdują sie w ksiązce, te malutkie opowieści tworzą kronikę ułamków losów Nowojorczyków. Czasem towarzyszą im fotografie, ale zwykłe są surowe, proste, nieokrojone, są słownymi screen shotami z czyichs żyć, przejśc, zatrzymań, szybkich wymian informacji zamienionych na część sekundy w niewielowyrazowy przekaz filozofii życiowych, takich szczygłowych prawd.

Bill jest człowiekiem reagującym – bardzo mi bliski typ człowieka. Widzi- reaguje. Ktoś płacze, Bill pyta. Ktoś zatrzymuje sie nagle, Bill podchodzi. Ktoś sprzedaje pocztówki, Bill je kupuje i wie, co kupuje. Ktos ciągnie wózek ze śmieciami, Bill pomaga, zagajając rozmowę. Zna wszytskich sprzedawców wszytskiego w swojej okolicy. Wyjście do sklepu – do wejscie do mikroświata, zauważanie detali, o, tu sa zapałki z napisem: Dziękuję,  o, tu Ali, właściciel sklepu, przestawił pomarańcze, a w ogóle dziś miał chmurne spojrzenie, Ali, powiesz, czemu? Ali powie.

To bardzo moja filozofia zycia, tyle, że jeszcze chyba potrzebuję lat, żeby ja wzmocnic, żeby siebie wzmocnić. Bill opisuje Nowy Jork tak, że aż przysiadlam w łożku i zamknęłam oczy, wsłuchana w miarowy oddech snu syna, na który nałozyły się znane mi widoki stamtąd –  czerwone światła, szepty ludzi, smiech, kroki, hałas, zapachy wszystkich kuchni świata i widok pary, wszędzie  buchającej pary,  ze studzienek, rur, sącząca się muzyka,  płacz, terkot pociagów, uczucie pełnosci, przepełnienia nawet. To miłość neoficka, miłośc kogoś, kto się dopiero co wprowadził, to moja miłośc do Belfastu i otwartośc na kazdą, ale to każdą historię, która wychodzi na przeciw.

Bill do tego dekonstruuje mity, oczywiście niechcący, bez planu, bez zamysłu. Nowy Jork bezwzględny? Zgubisz piątaka i ktoś go szybko znajdzie i zabierze? Nieprawda. Strzelanina ulicę obok, trzeba się chować? Nieprawda, tłumy chętne do pomocy pojawiają się zaraz w zasięgu ręki. Snieżyce odcięły prąd, więc wszyscy siedzą w domach, zdani na siebie, odizolowani, przestraszeni, czekając na Armageddon?? Nieprawda, małe sklepy otworzyły swoje podwoje, tyle, ze faktycznienie  nie  było prądu, za to były świeczki. Można było kupic latarki, a w knajpce obok wypic piwo.

A w tle jest ta wielka miłośc, pisarza lekarza, którego mózg rejestruje wszystko, zachłannie gromadzi wiedzę i bez przerwy analizuje, przy jednoczesnym zupełnym braku umiejetności interpersonalnych i artysty, który żyje z uczuciami na wierzchu, który empatyzuje, sympatyzuje i tapla sie w emocjach swoich i innych.

I najtrudniejsza cześć – umieranie. Oliver umiera, dośc szybko. Umiera na raka, ale umiera szczęsliwy, pisząc cały czas, bo czas stał sie szczególnie cenny, kiedy ogłoszono jego koniec. Umiera kochany,  a tego nie znał. Umiera zasypiając, zostawoiając zrozpaczonego mężczyznę, ale i rozpacz Billa jest rozpaczą niehisteryczną, choc nie należałoby się tego spodziewać, studiując w czasie lektury ksiązki wszystkie warstwy jego emocjonalności.

Bill akceptuje odchodzenie. W czasie jego trwania i już po nim. Na krótko zamienia sie w opiekuna, ale nie opiekuna szlochającego, rozdzierajacego szaty. Jest, pamięta, dba o ulubioną muzyke Sacksa, o otoczenie, żeby było jak najmniej medyczne, a najbardziej takie, w jakim Sacks czuje sie najlepiej, a Sacks wcale tego nie żąda, odchodzi bez dramatu, bez krzyków i manifestacji- bo mimo tego, że ma świadomość nadchodzącego niebytu, jego życiowa filozofia mieści się w słówku „ale”:

 

Bo usłyszawszy, że zostało mu niewiele czasu, notuje,

„ale:

  1. łatwa śmierć (stosunkowo)
  2. czas – żeby ‚zakończyć” życie.
  3. wsparcie kochających ludzi (Billy et al)
  4. opublikowana książka (wreszcie powiedziałem wszystko. (chodzi o książkę, w której przyznaje się do swojego homoseksualizmu)
  5. więcej pracy do zrobienia
  6. wolno się bawić
  7. najlepsi lekarze, leki, itp.
  8. wspercie psychiatryczne.

Jesli ktoś chce pochodzić po Nowym Jorku, doznać miłości, czytając o miłości, uwierzyć w nią, zrozumieć, że wszystko jest podróżą i że zawsze jest „ale”, ten musi przeczytać pieknie napisaną ksiązke Billa Hayesa: „Insomniac city, New York Oliver and me”.

Opowieśc insomniaka o drugim insomniaku i city that never sleeps.

Reklamy

From → Uncategorized

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: